2008-08-22 Dzień jak każdy inny, tyle że już piątek, koniec tygodnia i nadchodzący nieubłagalnie czas odpoczynku i zabawy. Za oknem wstaje dzień, zza chmur przebija się słońce wpuszczając przez ono mojego pokoju i czerwone rolety, które napawają mnie radością parę promyków nadziei i zapowiadają udany dzień, czytanki będzie to się jeszcze wszystko okaże. Zegarek wybija godzinę szóstą, wiem że to już ostateczny czas na wstawanie, ale daję sobie jeszcze kilka minuta poleniuchowanie. Uwielbiam moje ciepłe łóżeczko, małą, różową poduszeczkę, której jestem wierna co noc i pluszowego misia, który się zawsze do mnie przytula. Nie wspominając już o ciepłej, puchatej, różnokolorowej kołderce, w którą zawijam sie po same uszy i tak przesypiam do samego rana, to moja wierna przyjaciółka, poza Aśką, Sylwią i Olką dziewczynami z pracy. Wstając pamiętam zawsze żeby stanać prawą nogą na podłodze, wiec stąpam ostrożnie uśmiechając się do siebie i zadając sobie pytanie “co ja takiego robię?” - wariatka wierzy w zabobony, a jednak przestrzegam tej zasady.
W między czasie ścielając łóżko zastanawiam się co ja dziś na siebie włożę. Wertuje myślami moją szafkę z ciuchami, zaglądam do szafy nic nie wchodzi mi w oko. Na co siĘ nie zdecyduję to nie uprasowane, a mnie goni czas, wiec nie mogę sobie pozwolić na stanie przy desce z gorącym żelazkiem. Czego nie naszykuję poprzedniego dnia to nic nowego na siebie nie włożę, więc zostaje mi bluzka, w której chodziłam wczoraj. Bez zastanowienia sięgam po nią i wkładam na siebie, a pasuje mi to ponieważ ją bardzo lubię. Jest zielona w paski i odcinana pod biustem, a i dziewczyny z pracy bardzo mnie w niej lubią więc bez zastrzeżeń decyduję sie wystąpić w tym samym. Bez żadnych ogródek pospiesznie lecę do mojego królestwa - czyli łazienki w której spędzam przed wyjściem najwięcej czasu. Szybko napuszczam letniej wody do wanny, leje mój ulubiony truskawkowy płyn do kąpieli, wskakuję i zaraz sięgam po szczoteczkę do zębów.
Następnie pośpiesznie robię delikatny makijaż, do którego używam wyłącznie lekkiego pudru, tuszu do rzęs i błyszczyku. Od czasu do czasu sięgnę po róż do policzków, ale to się rzadko zdarza. Wskakuję w moje ciuszki, szukam w torebce mojej ulubionej wody toaletowej, rozwijam loki z moich długich, blond włosów, zaczesuję grzywkę i spinam włosy klamerką. Prawie jestem gotowa do wyjścia, ale jeszcze otwieram lodówkę i robię szybciutko małą kanapeczkę z żółtym serem, sałatą i pomidorem. Popijam owocową herbatką liptona z mojej ulubionej filiżanki, w między czasie dzwoni telefon, odbieram i znowu biegnę do kuchni. Połykam ostatni kęs kanapki, sprawdzam czy wyłączyłam żelazko i okazuje się, że go wcale nie włączałam. Mówię sobie po cichu, sklerotyczka jedna, szukam kluczy od mieszkania i teraz to już na pewno wychodzę. Zakładam klapeczki, przekręcam zamek u drzwi i już jestem na klatce schodowej, oczekując windy. Odbieram kolejny telefon.
Przyjechała oczekiwana, zaludniona winda. Otwieram drzwi, cała załadowana, ale jeszcze znajdzie sie dla mnie miejsce, jedno malutkie miejsce, mówię dzień dobry i wchodzę. Jest tak ciasno, że nie mam nawet możliwości wyjąć telefonu z torebki i odpisać na esemesa, a co dopiero mówić o przeczytaniu prasy, chociaż nagłówków, co zawsze robiłam zjeżdżając z dziesiątego piętra. Po prostu daruję sobie te czynności, które weszły mi w nawyk patrząc się i obserwując ukradkiem sąsiadów zjeżdżających ze mną. Wreszcie jesteśmy na dole, tu znowu mnóstwo ludzi oczekujących na windę, więc wszędzie tłok niemiłosierny i przepychanka. Wybiegam z klatki kierując się w stronę przystanku autobusowego linii numer 7 i zaczerpując przy okazji świeżego powietrza, biegnę i jestem, autobus już wyjeżdża zza zakrętu, kupuję bilet i wsiadam. Chociaż tutaj są wolne miejsca, ale tylko dlatego, że wsiadam zawsze na końcowym, jeszcze chwilka i tu będzie nas jak w windzie, a przy tym duszno i gorąco.
Siedzę przy oknie bo to moje ulubione miejsce podróżowania, oglądam codziennie te same widoki, monotonia zakrada się do mojego umysłu, zaczynam ziewać. Jeszcze dziesięć minut i będę na miejscu, na ulicy Toruńskiej, a stąd to jeszcze kilka kroków i jestem już w pracy. Piszę do dziewczyn “wstawia c wodę na kawę” to nasze codzienne motto i czynność zarazem, bez której nie zaczynamy pracy. I cała filizofia polega na tym, że ta która jest w pracy pierwsza zagotowuje wodę i zaparza małą czarną bez względu na wszystko. To juz nam weszło w nawyk i nie musimy sobie nawzajem o ty przypominać. Przy kawie jest czas na szybkie ploty, co wydarzyło sie poprzedniego dnia, co się robiło, gdzie było, co nowego u koleżanki i takie tam ble,ble - damaskie pogaduchy. Potem juz szybciutko zabieramy sie do pracy, każda zasiada przy swoim komputerze, na swoim stanowisku i pracujemy wytrwale do godziny szesnastej. W miedzy czasie na ile to możliwe ciągle gadając i śmiejąc się z różnych, rozmaitych rzeczy.